tanith
Me. The bad thing that happens to good people.
Me. The bad thing that happens to good people.
paź 3rd
Nowy Rok
Akademicki. Trzeci i ostatni. Jestem lekko stremowana, prawdę mówiąc. Rozkład
zajęć nie przedstawił się od najlepszej strony, nie licząc poniedziałku (z
przyczyn oczywistych). Nastawiłam się na Wiedzę o UK i USA prowadzoną przez
innych wykładowców, a tu proszę, zmiany… nie wiem czy na lepsze, przekonam się
za parę tygodni jak sądzę.
Z dobrych wiadomości:
1. udało mi się zapisać na seminarium i monograf do dr ZG
2. udało mi się też zapisać M. bez większych problemów (szkoda, już sobie w
głowie ułożyłam co bym powiedziała OP, gdyby robiła problemy)
3. wypadł mi jeden wykład, co oznacza prawie całkowicie wolną środę (acz
rozmyślam jak tu poprzekładać zajęcia, żeby było bardziej… równomiernie)
Cieszyłam się jak głupia na
poniedziałkową literaturę… teraz nie jestem już taka pewna czy to był taki
świetny news. Nie jestem też przekonana co do tego, czy dam radę fizycznie
przestąpić próg sali… przecież ja się nie będę mogła opanować… a nie mogę cały
czas patrzeć na podłogę/ścianę/sufit/okno.
Dobrze, że Pancakes będzie. Bez
Pancakesa ani rusz…
Niech ten październik się rozkręci już,
nie mogę znieść tego okresu „wprowadzającego”. Ludzie na wydziale doprowadzają
mnie do szału, czułabym się znacznie lepiej, gdybym nie musiała z nimi obcować.
Do tego stopnia wyprowadzają mnie z równowagi, że jednej pannie powiedziałam w
twarz, żeby się zamknęła. Dawno nie miałam tak… totalnie wywalonego na wszystko
i wszystkich. Chcę napisać pracę licencjacką, obronić się i zapomnieć o tym
motłochu.
kwi 17th
A kiedy jest bardzo źle czytam Eliota i słucham Tori. They keep me grounded.
mar 21st
Lubię poniedziałki. W poniedziałki jest mój ulubiony dr. Poza tym, po weekendzie na prawie, kiedy wracam na filo, mam wrażenie, że w końcu jestem tam, gdzie być powinnam. Nie znoszę ludzi, męczę się na tym klaustrofobicznym wydziale, ale w gruncie rzeczy, naprawdę lubię te studia. I chętnie zrobiłabym jeszcze magistra w tym kierunku… babcia dopytuje już nawet o doktorat, ale może po kolei, one thing at a time.
Jutro mam dwa kolosy. Kończę po 16:00, w mieszkaniu będę po 17:00 — chodzę piechotą. Relaksuje mnie to. Choć marzną mi dłonie. Być może ma to coś wspólnego z tym, że nie chce mi się szukać rękawic… Ostatnio cechuje mnie nastrój schyłkowy. Zmęczona jestem, ciągle nie wyspana i beznadziejnie zakochana. Tego typu emocje w moim stanie to laboratoryjny przykład "huby energetycznej". Jak to mnie Tomasz podsumował, lecę na obleśnych facetów, ale niestety bardzo inteligentnych. Właśnie na prawie mnie przyłapał prowadzacy jak robiłam maślane oczy do niego, kiedy opowiadał o niuansach filozofii prawniczej. Temat koszmarny, ale widać, że u faceta krew dopływa we właściwe miejsce
Na filo spokojnie jeśli o kadrę chodzi. Dzisiaj mgr wdał się ze mną w pogawędkę, bo czuł potrzebę uświadomienia mnie, 0 7:51, że życie to nie bajka. Wiem, w końcu studiuję ;]
Za tydzień mam prezentację książki. Strasznie klęłam pod nosem na ten pomysł z czytaniem naukowej książki na potrzeby pięcioinutowej prezentacji, której i tak nikt nie będzie słuchał, z wykładowcą na czele, ale… zmieniłam zdanie. Wpadła mi w łapki naprawdę świetna książka. Jest trudna, i jak mój prowadzący zgadł, ciężko się ją czyta… jednak ja jestem oczarowana. Mam nadzieję, że dobiję do połowy chodziaż, bo całej na pewno nie przeczytam do następnego tygodnia… chociaż jeśli się streszczę…
Zwijam się, padam na pysk, może wyśpię się chociaż ;/
sty 13th
Zatem… "święta" były specyficzne. Wigilia na odstrzał, Dzień I u Elki Z., Dzień II w łóżku — temperatura dobiegająca 40*C (w cieniu)… do końca roku jakoś się ogarnęłam. Pojechałam do B-ży. Nie mogłam się potem z niej wydostać — udało mi się dopiero po jakiś 2 godzinach. Na szczęście, bo alternatywa była straszna.
Sylwester przed kompem, prawie jak co roku, z tym, że w tym pisałam pracę magisterską. Do pierwszej. Te podręczniki są naprawdę świetne na problemy ze snem
I tak nie skończyłam. Plan był taki, żeby przez dwa tygodnie napisać wszystko, ale nie wyszło, głównie przez czynnik chorobowy i wizyty u dentysty.
Po ostatniej wizycie u dentysty zaczęłam zastanawiać się czy ja czasem nie jestem masochistką… nawet mi się podobało.
Na powrót na wydział czekałam jak na… powrót na wydział. Brakowało mi rutyny, znoju, potu i łez. Znowu jestem w tym kieracie, ale zadowolona. Przez ten cały wolny czas miałam wrażenie, że tkwię w jakimś niebycie — nie wiedziałam co ze sobą zrobić.
Całkiem dobrze jest. Z czterech zaplanowanych kolokwiów do skutku doszły dwa. W przypadku modułu z translatoryki prowadzący po prostu zrezygnował i dał nam wpisy. Na hiszpański przyszła 1/3 grupy, czyli jakieś 10 osób. Przełożyliśmy kolokwium na nastepny tydzień (to się pewnie niektórzy zdziwią). Reszta kolokwiów za mną. Został mi w tym tygodniu tylko projekt na metodykę i wykład piątkowy z literatury amerykańskiej. A później Pancakes zrobi mi naleśniki XD
Przyszły tydzień też mam z lekka zapchany, między innymi przez migrujące kolokwia i parę innych niezałatwionych spraw sprzed okresu światecznego, które teraz naprawdę komplikują nasze życie studenckie. Rozmyślam też o sensownym wątku przewodnim dla mojego cause/effect essay. Wybieram z następujących kategorii: 1. linie lotnicze 2. edukacja seksualna 3. pasy bezpieczeństwa (ta, te w samochodzie — chociaż wydaje mi się, że więcej mam do powiedzienia na temat "zebry").
Sugestie?
Co tam jeszcze… a, mam jakąś dziwaczną alergię albo inne diabelstwo… w zasadzie to technicznie dwie odrębne reakcje alergiczne. Moja ręka wygląda jakby odbyły się na niej intensywne piętrzenia i wyobrębnił się tam nowy łańcuch górski… a może to po prostu zaawansowane stadium jakiegoś paskudztwa… w piątek wybieram się z rana do dermatologa. W szpitalu nie umieli mi pomóc ;] (tzn. dostałam cztery maści, żadna nie działa).
Stwierdzam też, iż z zajęć na zajęcia drastycznie zmniejsza się liczba osób, z którymi w ogóle chce mi sie rozmawiać. S. przechodzi już wszystkie granice chyba. Na jego miejscu zaczęłabym się obawiać, że dostanę ode mnie jakimś tępym przedmiotem przez łeb. Miałam na ten temat interesującą pogawędkę z M. — myślę, że gdyby nie M., Mona i Pancakes nie dałabym rady na tym wydziale. Przy okazji zostałam uświadomiona przez M., że nie kojarzę 50% ludzi, z którymi obcuję. Może to i lepiej… dla nich.
Postanowień noworocznych jako takich nie mam (przegapiłam toast o północy, więc pewnie i tak by się nie liczyło
). Niczego nie planuję, profilaktycznie (wszyscy wiedzą jak to ze mną jest, jak tylko coś zaplanuję, wynika "coś", co zmusza mnie do zmiany planów — zatem życie bez planów to cały mój plan jak to ktoś śpiewał… jestem za leniwa, żeby otwierać następną zakładkę i to sprawdzać). Nic się u mnie specjalnie nie zmieniło w stanie posiadania (nie wiem czy wspominałam, że mam myszy; w liczbie sztuk trzech). Nadal jestem singlem… (to naprawdę wygodne; poza tym, od jakiegoś czasu twierdziłam, iż jestem bytem nieparzystym
) co mi nie przeszkadza w wypatrywaniu oczu za pewnym jegomościem (oczywiście wszyscy wiedzą o kogo chodzi, bo nie sposób przegapić mojej kretyńsko zadowolonej miny na jego widok — uśmiech o blasku tysiąca słońc, serio). Zawsze nie ten co trzeba facet, zawsze, ale tego autentycznie CHCĘ. Ma wszystko czego potrzebuję (choć zastanawiam się na ile moje wyobrażenie o nim mija się z rzeczywistością)… ale jak tak patrzę, to minęłam się z nim o całą epokę
Jak to pisał JC? Czasami mijamy się z ludźmi o uderzenia serca? Właśnie…
gru 15th
Co błyskotliwsze cytaty z wykładu:
* Czym jest demokracja? I nie wiem, i wiem.
* Czy demokracja to prawidłowa forma rządów? Fatalna forma, ale ze wszystkich
innych, najlepsza.
* Lud sporadycznie zastanawia się nad znaczeniem „demokracji”. Całuje żaby, a one
zamieniają się w żaby.
* I mamy społeczeństwo zadowolonych kretynów.
* Demos się uczy, a politycy o tym nie pamiętają.
* Ateiści to osoby wierzące. Wierzą, że Boga nie ma.
* Horror metafizyczny w religii personalistycznej. Absolut oznacza niezmienny, co
podważa sensowność idei Boga. Oczywiście bardziej opłaca się wierzyć niż nie
wierzyć, jak to zostało udowodnione prostym wywodem logicznym, ale wiara to
łaska, a nie stan wypracowany rozmyślaniami.
* Kraj demokratyczny to taki, w którym są wybory, tak? Otóż nie, wybory
przeprowadza się, aby uwiarygodnić się w oczach innych.
* Wojeryzm, ekshibicjonizm… sieć uwydatnia najgorsze ludzkie cechy.
* Przecież ten telefon potrafi nam dobrze zrobić.
* Światowa Organizacja Zdrowia uznała miłość za stan chorobowy.
* Władza jest to kompensacja nieudanego pożycia małżeńskiego.
* W dobie biur matrymonialnych, czyli portali społecznościowych…
* Wstawanie na 7:30 jest niehumanitarne.
* 82% dorosłych nie przeczytało w zeszłym roku żadnej książki. Funkcjonalni
analfabeci.
* „Nie róbmy polityki. Budujmy mosty.” – to po cholerę ta partia?
* Politycy mówią o dobru Polski… rzygać mi się chce.
* Wybieramy: radnych – zaradnych – bezradnych.
* Chcieliśmy prawnie, wyszło bezprawnie.
* Ekolodzy, antyglobaliści i zwykli
złodzieje…
* Pierwsi na granatowo, drudzy z psami, trzeci na koniach…
* Polski wyborca nie głosuje „za”, głosuje „przeciwko”…
* W małych miejscowościach często Internet jest jedynym źródłem kultury, poza
sklepem.
* Może ona go i kocha, co byłoby rzadkim przypadkiem… on po 40-tce, ona 25… no
nie…
* Jest jeszcze możliwość awansu społecznego, za pomocą wykształcenia albo… jak
jest ładna.
gru 6th
Zaczynasz się czuć jak pod lupą. Dookoła czai się
krwiożercze stado życzliwych osób. Poznawszy twoją wybrankę, rodzina radośnie
gdacze, że „nareszcie się ustabilizujesz”. Analizujesz znaczenie tych słów i
dochodzisz do wniosku, że chcą z ciebie zrobić taką jak oni kołtuńską glistę z
maszynki do mięsa w The Wall. Wiedzą lepiej, czego ci potrzeba do szczęścia.
Zaś najbliższa (?) osoba zaczyna ci wytykać, że twój świat to fikcja i że
trzeba dołączyć do stada zachłystującego się pełnią życia przy kieliszku w zadymionym
pubie. W zamian za miłość oferuje persyflaż (Do you love me? Like I love
you?). Nie wystarczą sztuczne cycki, tytuł naukowy na uniwersytecie i
koszulka z napisem „I’m not a piece of ass, I am a doctor” – trzeba naprawdę
być czymś więcej. Ze zgrozą pojmujesz, z kim żyłeś przez ponad rok. Twój zamek
marzeń staje w ogniu, a potem tonie w bagnie.
lis 24th
Jest źle, zwyczajnie,
po ludzku źle… i zastanawiam się czy może być jeszcze gorzej. Już pomijając
kwestię urodzin, starzenia się i poczucia, że się niczego konkretnego w życiu jeszcze
nie zrobiło.
Mam ludziowstręt.
Najchętniej posłałabym wszystkich do diabła. Potrzebuję spokoju, przestrzeni i
żeby wszyscy przestali wnikać co się ze mną dzieje. Dość was mam, oto co się
dzieje. Jestem zła i zmęczona, nie chcę o tym rozmawiać. Tłumaczeni tego po raz
kolejny, z postępującym stanem zapalnym gardła, jest nieco ponad moje siły.
Najchętniej gdzieś
bym uciekła.
Fuga dysocjacyjna.
I jeszcze laptop
dostałam w prezencie. Po prostu… pięknie. Jakby raz w życiu nie można było
trochę zaczekać (do cholery jasnej, ile razy trzeba powtarzać, że przed
świętami nie kupuje się takich rzeczy, bo cena jest wyższa niż normalnie!) albo
zapytać mnie o zdanie, zwłaszcza jeżeli ma to być coś, czego domyślnie JA mam
używać.
Nawet nie chcę tego oglądać. Poza tym,
mojemu PC niczego nie brakuje (poza jednym dyskiem).
Jutro napięty grafik, a jeszcze muszę
się z głupią składnią rozprawić… byle do piątku, potem jakoś to będzie…
paź 27th
“You get a little moody sometimes but I think that’s because you like to
read. People that like to read are always a little fucked up.”
~*~
Jestem u kresu wytrzymałości… doprawdy :/ Mam serdecznie dość większości ludzi, nic mi się nie chce… a muszę się uczyć, bo przecież jutro Składnia. Makabra.
A w ogóle wymyśliłam sobie, że pojadę na Erazmusa, na Sardynię. Będzie "Morze i Sardynia II"…
paź 22nd
To whom I owe the leaping
delight
That quickens my senses in our wakingtime
And the rhythm that governs the repose of our sleepingtime,
the breathing in unison.
Of lovers whose bodies smell of each other
Who think the same thoughts without need of speech,
And babble the same speech without need of meaning…
No peevish winter wind shall chill
No sullen tropic sun shall wither
The roses in the rose-garden which is ours and ours only
But this dedication is for others to read:
These are private words addressed to you in public.
paź 21st
Afraid and shy, I let my chance go by
A chance that you might love me too.
~*~
Na wydziale wariatkowa ciąg dalszy, ale powoli zaczynam ogarniać ten system. Chyba ich załatwię jak Asterix rzymską administrację
Mam jeszcze chwilę wolnego przed zajęciami, jednak muszę ją poświęcić na składnię i metodykę… chociaż jak tak patrzę, to ta metodyka bardziej przydałaby się prowadzącemu zajęcia ze składni. Sama już nie wiem czy jestem zwyczajnie marudna czy on naprawdę jest aż tak niekompetentny :/
Byle do poniedziałku. To straszne, że poniedziałki podnoszą mnie na duchu
Zazwyczaj to mój najmniej ulubiony dzień, ale ostatnio zauważyłam tendencję do robienia wszystkiego na opak. Znienawidzony nauczyciel roku jest moim ulubionym nauczycielem, nauczyciel bałwan zadowala wszystkich, bo się teraz produkować nie muszą… i tak ze wszystkim po kolei.
Aaa… byłam na imprezie integracyjnej. Wystarczy mi do konca życia. Chociaż z drugiej strony ma to swoje plusy… Miły pan Hirek nas podwiózł taksówką do Centrum. Takie przygody to tylko z AM
I idę w końcu do tego lekarza. Po pół roku się w końcu zebrałam w sobie
Więc jutro kciuki 3majcie, żebym spod gabinetu nie zwiała… (o wizycie kontrolnej, na której powinnam się stawić 3 lata temi nie wspomnę nawet… XD)